# 184
Jakaś niemoc literacka mnie opanowała, chyba mam za dużo na głowie, żeby się silić na jakieś finezyjne opisy dnia codziennego.
Do mojego pokoiku wprowadziła się współlokatorka - z założenia miał być to pokój dwuosobowy, więc żadnego szoku nie doznałam i, aczkolwiek człowiek zwięrzęciem stadnym jest, to chyba nie aż tak stadnym. Muszę mieć kawałek miejsca dla siebie, gdzie w razie potrzeby zamykam się przed wszystkimi i latam bez majtek. Niestety na chwilę obecną ta opcja została zablokowana przez pojawienie się drugiego łóżka i osoby je zajmującej, co zmusza mnie do poszukiwania nowego lokum. Chociaż tak abstrahując od wątku braku prywatności i miejsca na przytulanki z Żu kiedy mnie odwiedza, to moja (austriacka dodam) współlokatorka okazała się być przemiłą, piwolubną i zabawową dziewuszką, więc tym bardziej żal mi będzie zostawiać to miejsce.
W sobotę Żu przywiózł mi do szkoły piękny bukiet kwiatów i zabrał do Altany, co byśmy moje urodziny obświętowali. Cały dzień czekałam na telefon od matki, niestety postanowiła nie składać mi życzeń czyli zachować się jak mój ojciec, którego między innymi za to samo tak bardzo potępia. W poniedziałek pojechałam do babci, gdzie czekał dla mnie prezent od niej, co jeszcze bardziej zbiło mnie z tropu, i co tylko dowodzi tezy, że im bardziej chory umysł tym bardziej niepojęty. Prezentu nie przyjęłam, przez co moja babcia, bliska wylewu krwi do mózgu i jakiejś ogólnej zapaści uznała, że jestem krótko mówiąc kompletnie pojebana, że na własne życzenie zrywam kontakt z rodziną, że ze wszystkimi się kłócę i że jest to najwyraźniej wynik tego, że mi coś w mózgu nie styka. No cóż, mój punkt widzenia jest taki, że bynajmniej kłótnie ze wszystkimi nie doprowadzają mnie do orgazmu, a wyprowadzka z domu była konsekwencją trwającej od nie wiadomo jakiego czasu kompletnie chorej sytuacji w domu.
Niestety moja babcia jest przedstawicielką nurtu moherowo-katolickiego, która twierdzi, że rodzina to najwyższa i święta wartość, wyznaje również inne dogmaty z gatunku "w końcu matka to matka" i "matkę ma się jedną" i inne takie bzdety, ale w całej tej dyskusji (zakończonej w końcu doniosłym pierdolnięciem drzwiami i opuszczeniem jej hacjendy w złości) babcia tak się zaczęła ekscytować, że jak zapytałam dla kogo to moje niemieszkanie w domu jest większą tragedią - dla matki która raczej ma całą sytuację w dupie czy dla niej, to seriously - zaczęłam bać się o jej życie i zdrowie, bo jej twarz zaczęła szybko zmieniać kolory.
W tym wszystkim, w całym tym umysłowym bajzlu, dochodzi jeszcze jeden temat, mianowicie uganianie się za nową pracą, bo trzeba spieprzać z tonącego okrętu zanim znajdzie się pod wodą. I taką moją ostoją w tym zamieszaniu jest na szczęście Żuż. Skąd on się wziął, czasem się zastanawiam, cały taki rozumiejący, z tą swoją empatią i zakochaniem we mnie - nie wiem. Jest takim moim kumplem - nigdy wcześniej nie znałam kogoś, kto tak w mig by mnie wyczuwał, każdy mój głupi nastrój, każdą zachciankę, wszystko. Trafił mi się jak ślepej kurze...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz